Czerwiec 2004


13 czerwca - Wyruszyłem z Florydy do Szwecji, żeby spotkać się z nowym zespołem na naszej pierwszej wspólnej trasie...4 państwa, 6 dni, zero snu, rock and roll.


14 czerwca - Przybyłem do Szwecji po bardzo długim locie. Na lotnisku przyjechał po mnie nasz nowy autokar na trasy europejskie. Takie autokary w Europie bardzo się różnią od tych w Stanach, więc trzeba się z nimi zapoznać. Zobaczcie, w Europie muszą one być szczuplejsze przy bardzo mądrej szerokości, ale za to mogą być o wiele dłuższe...Więc wszystkie są dwupiętrowe. Na górze kręconych schodów, na piętrze znajdziecie następny pokój z telewizorem, z tymi samymi rzeczami na tyłach, a dalej 12 prycz które biegną przez całą długość autokaru, od tyłu aż do początku... W ten sposób możesz usiąść z przodu na piętrze i obserwować drogę przez ogromną szybę, odnosisz wtedy wrażenie jakbyś prowadził. Doprawdy bardzo dziwne. Krótko po wejściu do autokaru na lotnisku, w drodze do hotelu, zorientowałem się, że Air France zgubiło torbę Armsa i znowu zaginęła nasza torba z guitar tech! Biedny Arms...nie zobaczy swojej torby przez bardzo długi czas...


15 czerwca - Ten dzień rozpoczął się podróżą do stacji radiowej NRJ w Szwecji bardzo, bardzo wczesnym rankiem. Chops i ja spotkaliśmy tam kilku fanów, którzy wygrali szansę na spotkanie z nami. Dostaliśmy kilka fajnych prezentów, w tym naszyjniki Kokopelli. Chops miał na sobie swoje okulary przeciwsłoneczne i śmierdział alkoholem...Domyślam się, że chłopcy nieźle balowali poprzedniej nocy...Powiedziałem Chopsowi że śmierdzi jak tramp! Po występie w NRJ pojechaliśmy do następnego radia, w którym były dwie naprawdę szalone kobiety prowadzące...przypominały mi czarownice z jakiegoś powodu...ciągle rechotały po szwedzku gdy do siebie mówiły, ludzie, byliśmy zgubieni. Kiedy zaczęliśmy na żywo grać akustycznie "Our Lives", te dwie kobiety wstały i zaczęły ze sobą tańczyć w stylu "złap swojego partnera i kręć nim w kółko"...bardzo dziwne. Chops i ja cały czas się śmialiśmy podczas grania, nie mogliśmy się powstrzymać. To znaczy, oprócz śpiewających rechoczących tańczących Szwedzkich czarownic, w pomieszczeniu, w którym byliśmy, po mojej lewej znajdowała się całkowicie przystrojona choinka, a po prawej ogromny wypchany lew z niebieskim, błyszczącym kapeluszem kowbojskim. Gdy już skończyliśmy naszą piosenkę, Chops zaczął grać przewodnią melodię do "The Twilight Zone" ("Strefa Mroku" chyba...)..."do do do do, do do do do"... powiedziałem "Zamknij się, koleś! Boję się!" To było zabawne. Potem wróciłem do hotelu i udzieliłem kilku wywiadów do prasy. Spotkałem tą dziewczynę, która wygrała konkurs na spotkanie i przeprowadzenie ze mną wywiadu dla jakiegoś magazynu. Ludzie, ona nie mogła się pozbierać...kiedy czekała żeby wejść i mnie zobaczyć, krzyczała i płakała, skręcając się w ramionach swojego ojca. Była TAK głośna, że ludzie cali wstrząśnięci zaczęli wychodzić ze swoich pokoi mówiąc, "Co jest!? Co się stało?!" Sacha prosto odpowiadał, "O, tylko małe spotkanie i powitanie." Dziewczyna w końcu doszła do siebie i weszła do pokoju, myślę, że zdała sobie sprawę że nie jestem złym potworem. Potem spotkałem się z zespołem na kontroli brzmienia przed naszym koncertem tego wieczoru. Nikt z zespołu nie był wcześniej w Europie, więc wszyscy cierpieli z powodu zmiany czasu...Arms chodził w kółko jak zombie, "Jaki mamy dziś dzień? Gdzie jesteśmy?" Zdecydowałem się przedstawić im Szwedzki przysmak, który lubię nazywać "pasta rybną w tubce". Sprawiłem, że to poczuli, rozbudziło ich od razu. Kontrola brzmienia poszła dobrze, a klub był naprawdę fajny, wyglądał jak wielka sala balowa z kandelabrami...bilety były wyprzedane na ten wieczór i zespół był podekscytowany graniem naszego pierwszego wspólnego koncertu. Ani słowa jeszcze na temat gdzie zaginęła torba Armsa...myśleli, że wciąż jest w Ameryce! Przez to nosił te same ubrania przez dwa dni. Sztokholm to wspaniałe miasto... i było oświetlone do 2AM ! To naprawdę mylące. Po występie tej nocy zespół wsiadł do autokaru, aby rozpocząć 24godzinną podróż do Niemiec. Chops i ja wróciliśmy do hotelu, ponieważ następnego ranka mieliśmy lecieć samolotem do Niemiec i cały dzień udzielać wywiadów dla prasy, podczas gdy reszta chłopaków będzie jechać. Szczerze mówiąc, w tym wypadku mój zmęczony zmianami w czasie mózg mógłby spać na tej małej ciemnej trumiennej pryczy w autokarze przez ponad 20 godzin zamiast wstawać o 5 rano i wsiadać do samolotu aby odbyć lot numer 3,478,384...ale cóż.


16 czerwca - Chops, Sacha i ja przylecieliśmy do Frankfurtu wcześnie rano. Od razu po przybyciu pojechaliśmy do Kolonii, aby rozpocząć nasz dzień wywiadów telewizyjnych. Najpierw wystąpiliśmy w telewizji Viva, gdzie Chops i ja graliśmy akustycznie a potem pojechaliśmy także do Dusseldorfu na występ w Giga TV. W międzyczasie musiałem obdzwonić setki Amerykańskich stacji radiowych aby im powiedzieć jak bardzo jestem im wdzięczny za granie naszej nowej piosenki...to będzie duży rachunek telefoniczny. Wróciliśmy do Kolonii akurat kiedy reszta zespołu dopiero co przyjechała do hotelu...sen był potrzebny i właśnie to zrobiliśmy.


17 czerwca - Obudziłem się i spotkałem naszą nową ekipę filmową, która miała z nami podróżować i filmować każdy nasz ruch przez resztę trasy Europejskiej...a to wszystko po to, aby zmontować fajny teledysk do naszego nowego singla, który wyjdzie w Europie, "Things Will Go My Way". Udzieliłem wywiadu dla MTV news w hotelowym barze i stała grupa kamer skierowana na moją twarz rozpoczęła pracę. Bar był naprawdę super, ponieważ cały zrobiony był z lodu... na górze było cos w rodzaju wielkiego spłaszczonego śnieżnego stożka, dzięki któremu twój napój był cały czas chłodny...ja ciągle brałem cięższe rzeczy, tak, to prawda, mogę dopijać nawet jakieś 4 butelki wody podczas jednej sesji...wiem, powinienem przestać, ale to po prostu zbyt trudne... Tak czy inaczej, później wszyscy poszliśmy do wielkiej radiostacji aby zagrać całkiem rockowy show dla zwycięzców zwanych "Eins Live". Wszystko było w porządku, dopóki nie weszliśmy do pomieszczenia, w którym mieliśmy zagrać nasz super rockowy koncert...och, tak, to był najmniejszy pokój, jaki kiedykolwiek widziałem, ze sceną, która mogła pomieścić jedno z Armsa, no cóż,...ramion (gra słów - Arms to po angielsku ramiona - przyp. tłum.)...tak więc nie musze chyba mówić, ze zdecydowałem się zmienić program na występ akustyczny...o wiele bardziej intymny, poza tym nikt nas jeszcze nie zaskarżył za powodowanie krwawień uszu u ludzi. Po skontrolowaniu brzmienia i naprawieniu całego bałaganu wszyscy poszliśmy do Top Of The Pops aby nagrać nasze wykonanie "Things Will Go My Way". Poszło nam nieźle i była to pierwsza okazja dla zespołu aby poczuć jak to jest "grać", ale tak naprawdę nie grać...wiecie, udawać do playbacku, to śmieszne...tak. Widzieliśmy naszych hardcorowych fanów z Niemieckiego Street Team'u, i wyglądało na to, że podobał im się ten występ. Zawsze lubię grać takie akustyczne koncerty i, ludzie, teraz było mi łatwiej niż podczas akustycznego występu, który dałem w Londynie kilka tygodni wcześniej, i byłem wtedy bez zespołu. Przyszła wtedy moja Mama z moimi małymi niemieckimi braćmi i oni wariowali z boku na scenie podczas występu. W każdym razie, po koncercie wszyscy wsiedliśmy do autokaru aby wyruszyć w całonocną podróż do Mediolanu we Włoszech...Och tak, przy okazji, wciąż nie było torby dla ArmsaL To oznacza że przez cały czas nosił ten sam strój od chwili kiedy opuścił Nowy Jork, 5 dni temu. Na szczęście kiedy już wyjeżdżaliśmy w końcu dostał swoją torbę i płakał z radości, że ma czyste rzeczy do ubrania. Powiedziałem, "ludzie, to musi być miłe uczucie mieć czystą bieliznę?", a on powiedział, "ja nie noszę bielizny" ,,,,


18 czerwca - Następnego ranka super wcześnie przybyliśmy na lotnisko w Mediolanie naszym autokarem aby zdążyć na lot do Katanii na Sycylii. Samolot którym lecieliśmy miał jakieś 40 lat i trochę śmierdział dymem, i należał do linii lotniczych, o których nigdy wcześniej nie słyszałem...Byłem zbyt zmęczony aby się przejmować. Po przyleceniu poszliśmy proso do "Festival Bar", wielkiego koncertu z programu telewizyjnego odbywającego się na powietrzu, podczas którego grają w większości zespoły. Sprawdziliśmy brzmienie do "Our Lives", ponieważ była to jedyna piosenka którą mieliśmy grać tej nocy. Znajdowaliśmy się w naprawdę pięknej okolicy, centralnie na środku głównego placu. Później poszliśmy do naszego hotelu i zostaliśmy przywitani w hollu przez karaluchy, miło. Wszyscy poszliśmy do przypadkowej włoskiej restauracji na lunch. Ludzie, myślałem, że widziałem już wszystko jeśli chodzi o dziwne kultury i ich jeszcze dziwniejsze jedzenie, ale Włosi? Pasty, pizza, wszystkie te dobre rzeczy...ale co to? Ser z czerwi (czerwie to larwy pszczół i muchówek...- przyp. tłum.) ? Talerze oślizgłych tłustych plastrów czegośtam? OK, zaczniemy od sera z czerwiami, tak, brzmi nieźle, ludzie na Sycylii siedzą tu i całkiem im smakuje ten biały ser z żywymi oślizgłymi wijącymi się czerwiami wychodzącymi i wchodzącymi przez miliony małych dziurek. AA! NIE NIE NIE! OK, teraz te tłuste plastry. Wszyscy znamy Salami, prawda? Małe białe kropki tłuszczu w salami? Cóż, wyobraźcie sobie salami ale takie, w którym głównym składnikiem są właśnie te białe kropki...tak, to prawda, plastry tłuszczu, czystego białego tłuszczu. Biorą góry tych tłustych plastrów i kładą je na kanapki, Pycha! I nawet nie są one zbyt tuczące dla tych z was, którzy są na diecie;) Spróbuję kiedyś tego tłuszczu zanim zacznę ssać śmierdzący ser z czerwiami...wszystkie śmierdzące ryby w tubce nie brzmią przy tym tak źle. Idąc dalej z opowieścią, zawróciliśmy na ten radiowy/telewizyjny koncert na świeżym powietrzu. Było tam tak wiele ludzi! Nie wpadłem na pomysł że cały plac będzie zapełniony...przez jakieś 12 do 15 tysięcy ludzi. Scena była wielka i miałem ubaw biegając w kółko z jednego miejsca na drugie. Tłumowi się to podobało, i nam też.


20 czerwca - Tego ranka znowu przybyliśmy na lotnisko w Mediolanie po długiej całonocnej jeździe i wsiedliśmy do samolotu do Londynu. Cóż, kiedy siedzieliśmy przez bramą i przygotowywaliśmy się do wejścia do autobusu, zdałem sobie sprawę że kilka setek ludzi stało tam i się na mnie gapiło...i wtedy zdałem sobie sprawę że wszyscy mieli jakieś 15 lat...i wtedy zdałem sobie sprawę że była to cała żeńska szkoła...i wtedy zostałem otoczony...ATAK! Próbowałem się podpisać tylu osobom ilu tylko mogłem ale to robiło się trochę szalone, więc Sacha wciągnął mnie do autobusu zanim wszyscy i w tym ja musielibyśmy siedzieć z kierowca. Podczas gdy wszyscy powoli wypełniali autobus za nami zauważyłem ze Chops i Cory wysiadają na chwile z autobusu...Sacha i ja zastanawialiśmy się, "co oni robią?" A oni nagle zapalili papierosy! Sacha krzyczał, "Co wy do cholery robicie, kretyni! Wyrzućcie je!" Sacha nie był jedyną osobą zaniepokojoną tym, gość w ogromnej ciężarówce z benzyną obok Chopsa i Coreya, który napełniał paliwem jumbo jeta też wyglądał na całkiem wkurzonego;)...nie możesz palić na lotniskowym pasie startowym! Nie możesz palić obok 747 kiedy jest on napełniany tysiącami galonów łatwopalnej benzyny! Tak czy inaczej, dostali nauczkę i od tamtego dnia codziennie im to wypominamyJ Więc wsiedliśmy do samolotu i wylecieliśmy do Londynu. Kiedy wysiadaliśmy z samolotu, Sacha zaczął ze mną uciekać przed setkami dziewczyn w wieku szkolnym które z nami leciały gotowe do ATAKU! Cóż, co prawda uciekliśmy, ale to nie miało znaczenia ponieważ musieliśmy przejść przez odprawę celną na końcu terminalu i tam też udały się hordy dziewczyn...byłem uwięziony. W końcu wydostaliśmy się stamtąd godzinę później i pojechaliśmy drogą przez nicość na ogromny popowy koncert radiowy dla GWR. Było tam jakieś 30,000 ludzi i wszyscy cieszyli się ze spotkania z nami. Jedyną zabawną rzeczą podczas tego koncertu było to, że wszyscy grali tam z playbacku, wiecie, udawali, że grają, więc my też musieliśmy. Muszę wam powiedzieć że to było naprawdę dziwne grać cztery piosenki na radiowym koncercie na żywo dla 30,000 ludzi ale tak naprawdę nie grać...to znaczy, ja mogłem śpiewać, ale zespół musiał udawać. Jednak wciąż było mnóstwo zabawy i zespołowi się to podobało...bo kto nie lubi 30,000 krzyczących dziewczyn?


21 czerwca - Odbyliśmy krótką jednominutową podróż na lotnisko bardzo wczesnym rankiem i dostaliśmy się na nasz stanowczo za długi lot do LA(Los Angeles). Ludzie, te podróże samolotem normalnie zabijają...dlaczego jest tak, że siedząc 12 godzin czujesz się jakbyś dopiero co przebiegł maraton? W każdym razie, w końcu dotarliśmy do LA, dom, słodki dom...no cóż jeszcze nie zupełnie, po spędzeniu 12 godzin w samolocie i kolejnych 2 godzinach straconych na przechodzeniu przez kontrolę celną w LA i domaganiu się naszych 35 elementów sprzętu i bagażu, musieliśmy pomknąć do Hollywood aby nakręcić występ dla Pepsi Smash. Bóg mi świadkiem że to był najdłuższy dzień w moim życiu. Pożegnaliśmy się z naszą ekipą filmową, której członkowie byli nawet bardziej zniszczeni od nas...zdobyli mnóstwo świetnych ujęć przez ostatnie kilka dni, więc z niecierpliwością czekam aby się przekonać jaki okaże się ten teledysk do "Things Will Go My Way". Zespół i ja byliśmy już poza tym usmażeni kiedy tylko raz weszliśmy do studia w Hollywood. Występ dla Pepsi Smash był całodniowym wydarzeniem, z wywiadami dla prasy i sprawdzaniem brzmienia i smoozing(??), ble ble ble. Spodziewałem się typowej publiczności z Los Angeles - wszyscy stoją ze skrzyżowanymi rękami myśląc, "dawajcie, zaskoczcie nas, widzieliśmy już wszystko"...ale nie, publika naprawdę dała czadu! Nagraliśmy nasz występ z "Our Lives" dwa razy później tego wieczoru i zużyliśmy niewielką ilość energii która wciąż jeszcze pływała gdzieś w naszych ciałach. Koncert dla Pepsi Smash był naprawdę fajny a wszyscy ludzie tam pracujący byli naprawdę mili. Występ był śmieszny i spotkałem w tłumie grupę fanów których nie widziałem od czasów naszego ostatniego albumu...wszystkim się podobało, i nam też. W końcu dotarłem do domu bardzo późno w nocy i padłem martwy do mojego własnego łóżka...dreaming in red (śnię na czerwono - przyp. tłum.)... OK., to było naprawdę głupieJ


24 czerwca - Dwa dni wolnego minęły jak z bicza strzelił i trzeba było wracać do pracy. Wystąpiliśmy u Craiga Kilborna w LA, co okazało się całkiem łatwe. To było całodniowe wydarzenie, ale dość łatwe. Pokręciliśmy się, zaliczyliśmy lekką charakteryzację, sprawdziliśmy brzmienie, yadayadayda, i wystąpiliśmy. Wszyscy nasi przyjaciele i rodzina przyszli tego dnia nas obejrzeć, w tym Aaron który przyniósł dla każdego prezenty! Ja dostałem plecak Ferrari! Tak! Wszystko co jest Ferrari jest dla mnie dobre;) Po nagraniu to już był koniec na ten wieczór, poszliśmy do domu i zasnęliśmy...wciąż cierpiałem z powodu zmiany czasu, więc budziłem się co pół godziny i myślałem, "Gdzie jestem? Czy to już czas żeby iść na lotnisko? Ktoś jest na dachu? Wiem, ze ktoś jest na dachu...tak, po prostu idź spać głupia dziwko...


25 czerwca - Obudziłem się wcześnie i, uwaga niespodzianka, pojechałem na lotnisko, spotkałem się z zespołem i polecieliśmy do Charlotte w Północnej Karolinie na radiowy koncert. Lot był bardzo niespokojny i cztery godziny później, kiedy zaczęliśmy schodzić do lądowania w Charlotte, przyszedł kapitan i powiedział, "Nad lotniskiem w tej chwili utworzył się lejek z chmur i tornado, i ewakuowano wieżę kontrolną, więc taak, musimy lecieć prosto i krążyć przez jakąś godzinę lub coś koło tego." Nie wiem czy któryś z was krążyło tak w kółko tuż obok tornada, ale ostrzegam was, to nie jest zabawne ani przyjemne, TO CHOLERNIE STRASZNE! Ale jeśli mam już być totalnie szczery, byłem tak zmęczony i zniszczony przez ostatnie cztery miesiące trasy że ta nowa sytuacja zagrożenia życia tak naprawdę nie miała na mnie wpływu, myślałem sobie, "taak, tornada, co tam, ewakuowano z wieży kontrolnej wszystkich ludzi którzy pilnują żeby samoloty na niebie nie zderzyły się ze sobą, co tam, może zabraknie nam paliwa? Co tam..." Półtorej godziny później wylądowaliśmy w burzowo deszczowym Charlotte i natychmiast zabrano mnie na występ do radia. Koncert tej nocy miał się odbyć na zewnątrz na parkingu, a patrząc na pogodę nie zanosiło się aby jednak się odbył. Czekaliśmy w hotelu i Sacha poinformował mnie najpierw, że koncert się odbędzie, potem że nie, potem że jednak tak, potem że nie...przez ten czas założyłem, że jednak się nie odbędzie i przyszykowałem się do łóżka, wziąłem prysznic, wszedłem do łóżka, zamknąłem oczy i wtedy...dryń dryń dryń, "Zejdź teraz na dół, Liz Fair i inne gwiazdy które miały grać odwołały występ ponieważ scena zamieniła się w basen deszczowej wody i wszystkie głośniki i sprzęt się wypalił, i oświetlenie sceny się spaliło, a publiczność jest mokra i upita i zła i odchodzi...ale cóż, teraz wszystko naprawiają i uh, cóż, "odwadniają" scenę podczas gdy my rozmawiamy...więc wy wchodzicie"...niesamowite. Rozważając całą sytuację, mimo braku sprzętu audio i świateł, i cóż, większości publiki, mały koncert na parkingu był właściwie całkiem zabawny. Miałem okazję zobaczyć kilku przyjaciół i fanów których nie widziałem całe lata, więc byłem szczęśliwy...i mokry.


26 czerwca - Następnego ranka wszyscy polecieliśmy do Kansas City na wielki radiowy koncert Top 40 z Maroon 5 i córką Hulka Hogana! Zgadza się, pan Hogan też osobiście tam był i znam kogoś kto zdobył z nim zdjęcie;) W każdym razie, wsiedliśmy na pokład tego naprawdę malutkiego samolotu tego ranka. Myślałem sobie kiedy zaczęliśmy kołować na pas startowy, "jak do cholery ten mały samolot może polecieć, pełen ludzi i ich bagaży, i całego naszego bagażu, i wszystkich 25 elementów naszego sprzętu?" Cóż, odpowiedź brzmi, nie może...ale przejdę do tego za sekundę. Najpierw chciałbym zwrócić uwagę na inny zabawny moment w historii lotnictwa...podczas gdy przygotowywaliśmy się do odlotu, kapitan odezwał się przez interkom i powiedział, "Hej ludziska, cóż, tu i tam zanosi się na złą pogodę, która mogłaby spowodować turbulencje i cóż, ten samolot jest trochę mały i niezbyt dobrze wyposażony żeby znieść tak długi lot (dwie godziny), więc...uh...cóż, dzięki za wybranie samolotu Delta, tak..." Super było to słyszeć, naprawdę poczułem się swobodnie. OK, OK, więc przybyliśmy i oglądamy...pół naszego sprzętu nie zmieściło się do samolotu, tak jak większość bagaży innych pasażerów, z powodu całego naszego sprzętu i zbytecznego bagażu. Wszyscy pasażerowie patrzyli na nas wzrokiem który mówił, "dzięki dupki". Tak czy inaczej, mieliśmy dylemat, jak zagramy wielki radiowy koncert dla 15,000 ludzi za kilka godzin bez naszych gitar czy pedałów czy amper? Odpowiedź brzmi...nie zagramy. Na szczęście mój przyjaciel Chris, który pracuje w stacji radiowej, dla której mieliśmy grać koncert, jest niesamowitym gościem i zmienił czas naszego występu, więc mogliśmy przylecieć później, co dało liniom lotniczym czas na przysłanie reszty naszego sprzętu następnym samolotem. Pogoda nadal była tego dnia deszczowa a my mieliśmy grać na drugiej takiej scenie która NIE BYŁA ZAKRYTA...byłem trochę zaniepokojony. Poszliśmy na występ i czekaliśmy za sceną kiedy całkiem nagle Hulk Hogan przyszedł żeby się z nami zobaczyć! Przysięgam że wyglądał identycznie jak wyglądał w latach 80. kiedy oglądałem go jak udawał że zabija ludzi dla zabawy...to były czasy. W każdym razie, był naprawdę świetnym gościem i super miłym. Krótko potem pokonaliśmy naszą drogę na scenę i na szczęście nie padało, ale gdy drugi raz weszliśmy na scenę żeby zacząć grać naszą pierwszą piosenkę...aha...nadszedł deszcz. Trochę padało, potem przestało, potem trochę więcej padało, potem przestało...jednak padało i nie padało podczas naszego występu wystarczająco, żeby nas zaniepokoić i sprawić, że scena była cholernie śliska. Musiałem uważać, żeby nie upaść na tyłek z moimi złymi szalonymi tanecznymi umiejętnościami. Ten koncert zdumiewająco szybko przeminął a publiczność sprawiła, że był naprawdę wspaniały...w ten sposób zespół zaczynał naprawdę dobrze brzmieć i pasować do siebie. Dla wszystkich chłopców było to wielkie przeżycie, dla mnie zresztą też. Życie, które wiedziemy, jest dobre, i mamy szczęście, że nam przypadło.


27 czerwca - Obudziliśmy się...tak, zgadliście, bardzo wcześnie rano i pojechaliśmy na lotnisko. Mieliśmy wolne następne 5 dni i miałem zamiar je spędzić z moją dziewczyną w naszym domu na Florydzie, podczas gdy reszta zespołu miała wrócić do LA i tam ochłonąć. Wszyscy pokonaliśmy nasze oddzielne drogi, i po długiej podróży ze zbyt dużą ilością połączeń dotarłem do mojego małego kawałka raju na plaży na Florydzie. To był czas na odpoczynek, prawdziwy odpoczynek za 5 dni to powrót do Europy na jeszcze jedną 10dniową trasę przez kilka państw! To już dla mnie wycieczka numer 6 w ciągu ostatnich 5 miesięcy. W każdym razie, dalej proście o "Our Lives" w waszych lokalnych radiostacjach, to do wszystkich fanów w Ameryce...to rzecz priorytetowa numer 1! Do wszystkich pozostałych - dalej róbcie to, co robicie! Całe wasze wsparcie na całym świecie bardzo nam tu pomaga! Do następnego razu, all the love...


28 czerwca-2 lipca - Przespany czas samego relaksu na Florydzie. Jej!


3 lipca - Tego dnia daliśmy szalony deszczowy koncert radiowy w Orlando na wyspie, na środku jeziora...100,000 ludzi, wszystkich nawet nie mogliśmy widzieć...a, i oni też tak naprawdę nie mogli nas widzieć na tej małej wysepce. Weszliśmy zaraz po Hanson, którzy byli naprawdę super. Zawsze chciałem zobaczyć jak grają na żywo...byli naprawdę dobrzy. Miałem okazję się z nimi zobaczyć i przywitać. Cały występ praktycznie się nie odbył przez ogromną burzę która przyszła, zatapiając pływającą wyspiarską scenę. Miałem szansę zobaczyć kilku fanów, których nie widziałem całą wieczność...Podziękowania dla dziewczyny "Devil Horns" za ubranie znowu tych głupich rzeczy i przywołanie dobrych wspomnień.


4 lipca - Miły długi lot do Paryża...zobaczmy, co by tu powiedzieć... beznadzieja!


5 lipca - Przybyliśmy do Paryża późnym popołudniem, pognaliśmy prosto na kontrolę brzmienia na duży koncert radiowy pod przykryciem, który był zaplanowany na następny dzień. Kontrola brzmienia była kontrolą brzmienia, ble ble ble.


6 lipca - Zagraliśmy gigantyczny koncert w największym miejscu w Paryżu, 30,000 ludzi, i było to na żywo w TV. To był pierwszy występ od ponad miesiąca, podczas którego nie padało! Jej! Cóż, byliśmy w środku...więc, uch, to pomogło. W każdym razie, ten koncert radiowy był na serio zarąbisty! Było tam mnóstwo krzyczących fanów i oczywiście nasz kochany Francuski Street Team także nas wspierał. Avril Lavigne wystąpiła po nas i mogłem obejrzeć kawałek jej koncertu...Definitywnie przeszła długą drogę od czasu kiedy widziałem ją dwa lata temu jak grała dla stu ludzi w małym klubie w Niemczech. Spotkaliśmy Katy Rose, która rozpoczęła koncert i zresztą będzie otwierała nasze występy przez resztę trasy europejskiej. Po tym szalonym koncercie całą noc jechaliśmy do Amsterdamu.


7 lipca - Przybyliśmy do Amsterdamu wcześnie rano i od razu poszliśmy na bardzo wczesną wizytę w radio z Chopsem i Armsem...hej, a jeślibym tak zmienił imię na "off"...cóż, bylibyśmy "chops, arms, off" (kotlety, ramiona/broń, zepsuty...?), prawda? OK, to głupie...idźmy dalej. Zaliczyliśmy dwie różne radiostacje i w obu graliśmy akustycznie. Później tej samej nocy graliśmy w naprawdę malutkim klubie dla jakichś 250 osób! Wciąż był to jednak zabawny występ. Napotkałem na wielu fanów, których nie widziałem od lat. Po tym jak wzięliśmy prysznic, cóż, po tym jak niektórzy z nas wzięli prysznic, rozpoczęliśmy naszą nocną podróż do Kolonii w Niemczech.


8 lipca - W Kolonii na miejscu dałem kilka wywiadów do prasy, i wtedy zobaczyłem moją Mamę i moich małych niemieckich braci. Przyprowadzili ze sobą mnóstwo swoich także małych przyjaciół. To było słodkie! Tak czy inaczej, koncert był niesamowity, publiczność naprawdę świetna. Po występie naprawdę chciałem podpisać się wszystkim czekającym na zewnątrz, ale musieliśmy rozpocząć naszą 12godzinną podróż do Londynu. Musieliśmy obudzić się o 4 rano żeby wysiąść z autokaru i wsiąść na prom który przeniósł nas i autokar przez wodę. Wszyscy byliśmy jak zombie kiedy się obudziliśmy przed rejsem i poszliśmy na kontrolę celną, co zajęło jakąś godzinę. Dlaczego nie mogliśmy po prostu zostać w autokarze i spać sobie podczas gdy prom spokojnie żeglowałby naprzód? Cóż, z zasadami bezpieczeństwa w tych czasach każdy musi wysiąść ze swojego pojazdu (a ja nie wysiadłem! Ha! Jako jedyny byłem zbyt zbzikowany żeby zwlec się z mojej pryczy!).


9 lipca - Dziś był dzień programu Top of The Pops, lub Pop of The Tops jak my to lubimy nazywać (gra słów - "Top of The Pops" to "Najlepsi z popularnych", a zespół aluzyjnie przekształcił to na "Popularni z najlepszych" - przyp. tłum.) ...całodniowe wydarzenie które w zasadzie sprowadza się do nędznego 4 minutowego występu, cóż, 3 minutowego i 15 sekundowego występu dokładnie mówiąc. Ciężko jest skrócić piosenkę która oryginalnie trwa 5 i 1 minuty do 3:15...nie możesz tego dokonać bez stracenia czegoś wyjątkowego. To był występ z naszym nowym singlem "Things Will Go My Way", który miał być wydany tylko w Wielkiej Brytanii. Poszło nieźle, choć mój głos był nadwerężony z powodu całonocnych przejażdżek klimatyzowanym autokarem a także wszystkich długich podróży samolotem...nie wspominając o śpiewaniu non stop każdego dnia. Tego wieczoru po pracy pojechaliśmy do Birmingham.


10 lipca - Tego ranka zanim się obudziłem Sacha poczynił wielkie poszukiwania aby móc mnie mile zaskoczyć porannym kubkiem kawy Starbucks! Potem usiedliśmy w przebieralni w klubie, w którym mieliśmy grać tego wieczoru i nie robiliśmy kompletnie nic przez cały dzień. Wreszcie nadszedł czas koncertu i było naprawdę super, najlepszy występ jak dotąd. Głośność była świetna, koncert trwał a publiczność tak się wczuła, że śpiewała każde słowo z każdej piosenki...co znacznie ułatwiło nam pracę. Ludzie, zanim koncert się zaczął na zewnątrz była najdłuższa kolejka jaką kiedykolwiek widziałem na którymś z naszych własnych występów. Okrążała budynek trzy razy! Po koncercie zespół i ja próbowaliśmy rozdawać autografy dopóki ludzie nie zaczęli dosłownie po trupach do nas zmierzać. Wróciliśmy tej nocy do Londynu.


11 lipca - Dziś był dzień Party In The Park! Z niecierpliwością wyczekiwałem kiedy znowu będziemy uczestniczyć w tym koncercie odkąd byliśmy tu 2 lata temu...to znaczy - gdzie i kiedy jeszcze możesz grać dla około 130,000 ludzi którzy właśnie ciebie chcą zobaczyć? Mieliśmy okazję tym razem grać 5 piosenek, co było dużym krokiem naprzód w stosunku do 2 utworów, które mogliśmy grać 2 lata temu. Później godzinami udzielałem wywiadów do prasy. Hej, i nie padało jak byliśmy na scenie! Niesamowite! A, i mieli Krispy Kreme donuts dla wszystkich zespołów tak za sceną...myślę ze zjadłem za dużo - czułem że zaraz zwymiotuję! Po koncercie wróciliśmy do naszego pokoju hotelowego który wszyscy dzieliliśmy i spaliśmy do 4 po południu, potem wsiedliśmy do autokaru i pojechaliśmy do Manchesteru.


12 lipca - Obudziłem się w Manchesterze czując się zmęczonym i jakby pobitym z tego powodu. Znajdowaliśmy się w tej ślicznej "licealnej" okolicy. Cały dzień kończyłem telefonować do Bóg wie ilu dziwnych państw i później w końcu daliśmy koncert. Sięgając teraz wzrokiem do tego występu mogę powiedzieć że publika była z pewnością najlepsza, całkowicie rozentuzjazmowana i podekscytowana...zespół i ja naprawdę wspaniale się bawiliśmy. Uchowało się we mnie jeszcze trochę energii na potem, więc wszedłem do małego pokoju którego drzwi wychodziły na zewnątrz klubu, gdzie ludzie mogli ustawiać się w szeregu. Skończyłem podpisując się przez około godzinę...wspaniale było spotkać mnóstwo fajnych ludzi. Naprawdę jestem PRZEKONANY że mamy najlepszych fanów! Choć to trochę śmieszne, bo przekonałem się że ludzie albo nienawidzą albo kochają The Calling, nic pomiędzy. W każdym razie, gdy wieczór dobiegł końca a ja już płowiałem z powrotem wskoczyliśmy do naszego dziwacznego dwupoziomowego autokaru i wróciliśmy do Londynu.


13 lipca - Byłem naprawdę podekscytowany na myśl o ponownym zagraniu na Shepherd's Bush Empire, ponieważ kiedy ostatnio tu byliśmy było tak wspaniale, jakieś dwa lata temu...to jeden z moich ulubionych występów od początku aż do teraz. Szczerze mówiąc zapomniałem już jakie szaleństwa wtedy się działy...Udzieliłem wywiadów i innych takich rutynowych rzeczy. Nasza ekipa i kilku chłopaków z zespołu wyrzucali przypadkowe rzeczy z okna przebieralni na drugim piętrze do fanów na dole, czekających na wejście do klubu...Nie wiem jakim cudem but jednego z członków zespołu wylądował na zewnątrz, ale właśnie tak skończyła się ta zabawa. Koncert był znakomity. Zabawnie było patrzeć na zaniepokojone twarze Chopsa i Armsa kiedy dziewczyny mdlały prosto przed nami i były wynoszone. Ja mówiłem, "Tak już tu jest, nie martwcie się, nic się im nie stało". Dokładnie jak przed dwoma laty wyszedłem na zewnątrz do czarnej alei aby rozdać autografy...to był dopiero rozgardiasz! Robiłem co w mojej mocy by dostać się do tak wielu osób ilu tylko mogłem. Byli tam fani z całej Wielkiej Brytanii, którzy przybyli by nas zobaczyć. Trochę ze Szkocji, Irlandii, a nawet Walii. To dopiero poświęcenie się! Później tej nocy, po skończeniu pracy, pojechaliśmy do hotelu zaraz obok lotniska, ponieważ mieliśmy lecieć do domu następnego ranka.


14 lipca - Wstaliśmy wcześnie i odbyliśmy długą drogę powrotną do domu do LA. Wspaniale było ujrzeć Aarona po tak długim czasie, a zwłaszcza moją rodzinę i moje słodkie koty!...Cóż, i mój samochód. Jeśli jesteś kimś kto lubi prowadzić jak ja, jeżdżenie miesiącami w autokarze na trasach może sprawić, że jazda samemu wydaje się bardziej ekscytująca. Tak czy inaczej, jak raz tylko dostałem się do mojego słodkiego małego domku, kompletnie się rozsypałem i spałem jakieś 18 godzin!


15 lipca - Ludzie, miło było dla odmiany obudzić się we własnym domu i dopiero wtedy iść do pracy. Wystąpiliśmy u Ryan Seacrest w LA, zaraz na Hollywood Boulevard...pięć minut drogi z miejsca gdzie mieszkam. Dobrze było zobaczyć Ryana po tak długim czasie, to naprawdę źle że ten program został teraz anulowany. Wszyscy byli tam naprawdę mili, i mogliśmy cały dzień być z Marie Osmond! Była naprawdę super i dała nam kilka dobrych rad...to prawda, Marie Osmond udzieliła mi rady! Jest w tym przemyśle od dłuższego czasu. Gdy dzień dobiegł końca, pożegnałem się z zespołem i zawróciłem na lotnisko aby polecieć do mojego drugiego domu na Florydzie. To był dla mnie czas aby się ożenić i mieć urlop!


16 lipca-3 sierpnia - Czas wakacji! Czas na wzięcie ślubu! To było szalone! Nie mogę uwierzyć że się ożeniłem! To był bardzo słodki i mały ślub, tylko z najbliższą rodziną i przyjaciółmi. Ceremonia miała miejsce prosto na plaży za naszym domem, podczas zachodu słońca. Aaron był moim świadkiem oczywiście. Było doskonale i pięknie. Obiecałem że dam wam wszystkie zdjęcia ślubne Jennifer i moje, więc będą one zamieszczone na Lofcie, żebyście mogli je zobaczyć, tak szybko jak to możliwe. Ja w garniturze! Nie nosiłem ani nawet nie posiadałem garnituru od czasów gdy miałem 8 lat...Aaron musiał mi założyć krawat! W każdym razie, udaliśmy się na nasz miesiąc miodowy na kilka dni i jak się spodziewałem, po tych wszystkich niesamowicie dobrych zdarzeniach jakie miały miejsce, musiało zdarzyć się też coś złego. Dowiedziałem się, jak już wszyscy wiecie, że jeden z członków mojej rodziny zachorował zupełnie bez powodu i będzie potrzebował już wkrótce nowej wątroby z racji dziwnej choroby. Ciężko było mi podjąć tą decyzję, ale musiałem odwołać większość sierpniowej amerykańskiej trasy, żeby spędzić trochę tego ważnego czasu z rodziną. Jeszcze raz przepraszam was wszystkich, którzy już kupiliście bilety i zaplanowaliście wszystko. Obiecuję, że jesteśmy w trakcie myślenia nad przywróceniem wkrótce amerykańskiej trasy i zrobimy to dla was. W każdym razie, wróciłem do LA po naszym miesiącu miodowym i z wyjątkiem kilku występów, spędziłem pozostały czas z rodziną.


4 sierpnia - Wróciłem do Los Angeles. Następnego dnia planowałem dać jedyny główny koncert który zarezerwowaliśmy na sierpień, ponieważ odbywał się zaledwie godzinę drogi od LA. Oczywiście, żeby wszystko popsuć, zachorowałem na grypę i ledwo mogłem zwlec się z łóżka, ale postanowiłem że nie odwołam jedynego cholernego koncertu który pozostał.


5 sierpnia - Ruszyłem mój chory tyłek do Anaheim, domu Disneylandu, żeby zagrać główny koncert w The Galaxy. Wydaje się już tak długo odkąd rozpoczęliśmy naszą pierwszą trasę, z pierwszą płytą, właśnie tutaj, w The Galaxy. Było to prawie trzy lata temu. Pamiętam występ w tym samym miejscu i widok naszego własnego najprawdziwszego autokaru na trasy po raz pierwszy. Czułem do niego duży respekt. Mam to gdzieś na kasecie, sprzed trzech lat, ja biegający w kółko po autokarze, filmujący każdy detal..."A tu jest mały telewizor przy pryczach! A tu jest PlayStation! I prysznic! I telewizja satelitarna! Itp.." Dobre czasy. Cóż, dzisiaj nie byłem co najmniej tak podekscytowany...Byłem zdołowany odwołaniem wszystkich koncertów i czułem się jak kompletne gówno z grypą. Wiedziałem że mogłem przetrwać dając ten występ, ale mogłem się jeszcze bardziej rozchorować więc...ale zaraz, miałem przecież dużo czasu wolnego przez następne kilka tygodni żeby siedzieć i być chorymL Wystarczająco zaskoczyło mnie, że koncert udał się dobrze, a ja jechałem na Tylenolu i lekarstwach na grypę na scenie, więc udało mi się przeżyć. Nie graliśmy tylko naszego koncertu w LA przez bardzo długi czas, więc wspaniale było mieć przy sobie wszystkich przyjaciół i rodzinę i partnerów z branży, którzy oglądali nasz występ. Aaron nawet wszedł na scenę żeby zagrać ze mną piosenkę, co było świetnym przeżyciem. Kiedy występ się skończył, pożegnałem się, wrzuciłem moje chore ciało do samochodu i pokonałem drogę powrotną do domu, aby tam zasnąć na zawsze.


6-19 sierpnia - Tak jak się spodziewałem, większość wolnego czasu spędziłem chory jak nigdy wcześniej w całym moim życiu, z piękną infekcją zatokL Ale zaraz, mogłem spotkać się z chorym członkiem mojej rodziny, i sam też byłem chory, więc wyszło to nawet miło. Już zaczynałem czuć się lepiej kiedy musiałem opuścić LA i jechać do Greeneville w Południowej Karolinie, na radiowy koncert, który musieliśmy zarezerwować. Jak raz zobaczyłem mój kompletnie zwariowany plan na resztę roku, wiedziałem już że jak teraz opuszczę LA, to nie wrócę przez 2 i 1 miesiąca...a nawet wtedy, gdzieś w grudniu, będę w domu tylko przez jeden dzień przed wyjazdem do końca roku.


20 sierpnia - Przybyłem do Greeneville w Południowej Karolinie bardzo późno, w noc przed występem. Następnego dnia byłem w kilku stacjach radiowych i przygotowywałem się do koncertu. Był to mały radiowy występ na świeżym powietrzu w pobliżu rzeki. Byliśmy głównym zespołem i mieliśmy zamknąć całe przedstawienie tego wieczoru. Nie graliśmy przez jakieś dwa tygodnie i ja wciąż byłem jeszcze trochę chory, mój głos był wciąż popsuty, ale jak tylko raz weszliśmy na scenę, wszystko wróciło. Publiczność była naprawdę wspaniała tej nocy i oczywiście, ponieważ był to występ na świeżym powietrzu, deszcz zaczął lać w środku naszego występu...cóż, właściwie to równo w środku "Could It Be Any Harder". To było jednak naprawdę świetne przeżycie. Było coś magicznego w tym, że deszcz beztrosko spadł na nas wszystkich gdy śpiewałem najbardziej namiętny fragment piosenki. Większość publiki stała w miejscu, dalej słuchając piosenki i moknąc, co było bardzo miłe. Deszcz zelżał po tym utworze a my dokończyliśmy nasz występ i pobiegliśmy do naszych przebieralni. I zaraz jak weszliśmy do środka, nadeszła prawdziwa burza...ogromny deszcz i wiatr, który obalił całą scenę i zalewał okolicę. Sacha, nasz menadżer na trasach, przybiegł do przebieralni, cały przemoczony i śmierdzący jak nie wiem co, mówiąc, "Nie uwierzycie co się stało!". Otóż na zewnątrz było kilka toalet, których wszyscy używali przez cały dzień podczas koncertu. Kiedy Sacha wracał do naszej przebieralni, biegnąc w deszczu, zobaczył, że jeden z kibelków się przewrócił, pierwszy od frontowych drzwi. Usłyszał małą dziewczynkę tam ze środka, była uwięziona, krzyczała i płakała, "Pomocy! Proszę niech ktoś mi pomoże! Tu jest strasznie! PROSZĘ!" Sacha użył swoich męskich muskułów i z powrotem postawił toaletę w normalnej pozycji, wiecie-co całego go oblało jak ją podnosił. Wydostał stamtąd małą dziewczynkę, która cała była w wiecie-czym. Była jednak szczęśliwa, że ją wydostał. Oczywiście kilku pojebanych kolesi pomyślało, że śmiesznie będzie wywrócić kibelek, kiedy zobaczyli, że wchodzi tam mała dziewczynka. To po prostu nienormalne. W każdym razie, mam nadzieję że przyjechała policja i znalazła kolesi, którzy to zrobili, i ich aresztowała! Tak powinniście skończyć, debile! Cóż, Sacha stał się na jedną noc super-śmierdzącym-bohaterem, a my upewniliśmy się, że wszyscy naokoło o tym wiedzą! Tak czy inaczej, wróciliśmy do naszego hotelu i poszedłem spać czując się do chrzanu, ponieważ wciąż byłem jeszcze w pewnym sensie chory. Następnego ranka miałem lecieć na Florydę, aby spędzić tam moje 6 dni wolnego.


21-28 sierpnia - Te dni wolnego były wszystkim, tylko nie odpoczynkiem. Niezbyt przyjazny koleś imieniem "Charlie", cóż, ogromny huragan dokładnie mówiąc, podążał przez Atlantyk prosto w stronę naszego domu na Florydzie, więc musieliśmy przygotować się na najgorsze. Pomiędzy pełnym oczekiwania oglądaniem meteorologicznego kanału telewizyjnego, wstawianiem przeciwburzowych okiennic i wynoszeniem wszystkich naszych niezastąpionych rzeczy z naszego domu, oglądałem dla rozrywki Igrzyska Olimpijskie, co naprawdę kocham robić. Definitywnie było kilka niesamowitych momentów przez cały czas podczas wszystkich dni Olimpiady w Atenach...Ameryka dała czadu! I pozwólcie mi tylko powiedzieć, że jak tak siedzę tu, oglądając w domu ceremonię zakończenia, po prostu się relaksując, i nagle "Our Lives" leci jako piosenka przewodnia, jest grana podczas wszystkich najważniejszych zdarzeń z ostatnich dwóch tygodni, chce mi się płakać. Oczywiście nie w złym znaczeniu, po prostu byłem tak zaskoczony i dumny z naszej piosenki, piosenka, którą Aaron i ja sami napisaliśmy i stworzyliśmy w naszym małym studio w małym domu Aarona, jest utworem zamykającym Olimpiadę, oglądaną przez setki milionów ludzi, to było nieprawdopodobnie emocjonalne przeżycie. W takiej chwili nie jest dla mnie ważne to, że "Our Lives" nie było "hitem" w radio w Ameryce, i nie ma dla mnie znaczenia, że MTV nie puszcza za często tego teledysku, i nic nie znaczy dla mnie fakt, że nasza płyta nie znikała z półek w sklepach...Czułem jednak, że wygrałem. Następnego dnia spakowałem wszystko czego potrzebowałem na szaloną podróż, którą była przede mną. To był powrót do pracy i byłem podekscytowany wyjazdem po tym całym czasie wolnego. Miałem odbyć zwariowaną trasę przez Amerykę, Kanadę, Koreę, Japonię, znów Amerykę, potem Brazylię, miesiąc przez Europę, i w końcu z powrotem do Ameryki aby zakończyć rok. Z tylko jednym dniem wolnym w domu, zagubionym gdzieś w środku tego całego bałaganu, pewne jest że będzie to następna szalona podróż. Pocałowałem moje koty na do widzenia i poczułem ostatni raz ich śmierdzący oddech, (obydwa mają gingivitis (??) ! Nie są w ogóle zainteresowani pozwoleniem mi na umycie im zębów!). Po raz ostatni spojrzałem na mój dom na Florydzie przed odjazdem i po prostu modliłem się, żeby dalej tu był, gdy wrócę tu któregoś dnia w przyszłości. Ze świadomością nowego singla, który wyjdzie ogólnoświatowo, z szansą na odniesienie sukcesu, i kolejną okazją zobaczenia was wszystkich z całego świata, najbardziej oddanych i największych fanów na ziemi, byłem gotowy...i to był czas na danie czadu.


P.S. Drugi huragan, który miał niedawno uderzyć w wybrzeże Florydy, Frances, zniszczył większość małego miasteczka na małej wyspie, gdzie mieszkam. To niesamowicie smutne zdarzenie, którego na szczęście nie miałem okazji widzieć, tylko słyszałem o szczegółach, ponieważ już wyjechałem. Zdumiewające jest to, że mój dom nie został tak bardzo uszkodzony, ale było wiele innych, które nie miały takiego szczęścia. Tak właśnie jest jak żyjesz na Florydzie, huraganowej stolicy państwa. A teraz oczekujemy huraganu Ivan, który znów zmierza prosto na Florydę. Wszyscy ci biedni ludzie na wybrzeżu przeciwległym do tego, na którym mieszkam, zostaną uderzeni trzeci raz w miesiącu! Nic podobnego nie zdarzało się od ponad 50 lat. Mam tylko nadzieję, że to już będzie koniec huraganów na bardzo długi czas...nie potrzebujemy już ani jednego więcej!