11 marca 2002


HELLO! Fani, przyjaciele, internauci, użyczcie mi swych oczu! Po pierwsze, chcę serdecznie przeprosić za odwołanie naszego koncertu w Norfolk i Cleveland. Nic mnie tak nie martwi, jak to, że nie możemy być w stanie spotkać się z wami i zagrać. Jednakże powód, dla którego musieliśmy to zrobić, był bardzo ważny. Zespół i ja (razem z wami - zajebistymi fanami którzy przybyli zewsząd) nagrywaliśmy nasz drugi teledysk do piosenki "Adrienne" w Los Angeles. Poszło niesamowicie, ale wrócę do tego za chwilkę. Ostatnie dwa tygodnie upłynęły w atmosferze zabawy. Ostatnim razem, jak do was pisałem, graliśmy w Stanach. Zaczynając w Minneapolis, zdecydowanie jednym z naszych ulubionych miast, świetnie było grać w The Quest. Graliśmy tam z Lifehouse jako support, ale teraz napiszę o nas. Koncert poszedł dobrze mimo tego, że byłem totalnie chory tego dnia i prawie traciłem głos! To był dla mnie najtrudniejszy koncert, ale wy podnieśliście mnie na duchu i sprawiliście, że poczułem się lepiej. Sądzę, że dobrze się stało, że zachorowałem na początku trasy. Świetnie było być w mieście w momencie gdy padał śnieg...dorastając w Los Angeles nigdy tego nie doświadczyłem. Następnego dnia pojechaliśmy do Chicago. Martwiłem się, że tego wieczoru nie będę mógł zaśpiewać. Bardzo źle się czułem. Jednak przyszedł lekarz, dał mi kilka zastrzyków ze sterydami i antybiotykami i jakąś imbirową (ala voodoo) herbatę, która gówniano smakowała. Ale ku mojemu zdziwieniu to wszystko pomogło i przed koncertem byłem gotowy wyjść śmiało na scenę (przedtem czułem się jakbym wędrował po księżycu). W Chicago było zajebiście! Miejsce w którym graliśmy, było jednym z najfajniejszych w jakich dotychczas występowaliśmy. Miałem nawet dyskotekową kulę, która się kręciła podczas Stigmatized! Dobre czasy. Tak czy inaczej następne kilka dni przeszły gładko. W Indianapolis świętowaliśmy na scenie 27 urodziny Billego. Przynieśliśmy mu tort a tłum zaśpiewał. To było naprawdę zabawne. Chciałem zamówić striptizerkę, ale wiem, że jego kobieta by tego nie pochwaliła :) Kiedy kończyliśmy występ grając Adrienne, ktoś wyrzucił w górę nadmuchiwaną lalkę z napisem Adrienne. Więc zaczęliśmy ją kopać, aż wreszcie wykopaliśmy ją w publiczność. To była fajna zabawa...W żaden sposób nie pochwalam przemocy, ale myślę, że to było O.K. w stosunku do gumowej kobiety. Bottleneck w Kansas, było dla nas jak lekarstwo, bo mogliśmy tam, zgadliście, iść do sklepu. To było chłodne miasteczko z naprawdę słodkimi wibracjami. Potem zatrzymaliśmy się w wielkim Teksasie. I w Dallas i w Bostonie poszło nam fantastycznie... naprawdę piękni ludzie są w tych miastach. Każdy był tak miły, że aż nas to przerażało. Ale co z pogodą? Odkąd to w Teksasie jest tak strasznie zimno? Pogoda była naprawdę dziwna w całym kraju. Następnym przystankiem był Nowy Orlean, i przyznam, że to dzikie miejsce. Pierwszy raz znaleźliśmy się na Burbon Street i w tych wszystkich szalonych lokalach. Miałem trochę czasu żeby kupić sobie pamiątki takie jak Mardi Gras z panią, której piersi błyszczały jak wisiorek, i ostry sos o nazwie "czerwona odbytnica" ...świetne prawda? Sean obchodził tego wieczoru 21 urodziny, więc znów przynieśliśmy mu tort na scenę, ale tym razem poprosiłem jedną prześliczną dziewczynę, żeby wyszła na scenę zaśpiewać mu Happy Birthday. Była bardzo nieśmiała, więc stworzyłem taką sytuację, iż wziąłem jej rękę i pogłaskałem nią klatkę piersiową Sean'a....mówiąc "dobry Sean, dobry". Nie mogę uwierzyć, że jestem teraz jedynym członkiem zespołu, który nie jest pełnoletni (w pełni dorosły)! Mój podrobiony dowód osobisty już nie działa, bo teraz bramkarze w klubach mówią "hej, ty jesteś gościem z tego zespołu, prawda?... Nie wiedziałem, że nazywasz się Skeezer Lickworth....i że masz 30 lat, zabieraj stąd tyłek koleś"! Ale nieważne, wróćmy do trasy. Następnym przystankiem był stary dobry Birmingham w Alabamie, to nasze miasto numer 1. Zaraz obok naszego rodzinnego miasta, Alabama była stanem gdzie zaczynaliśmy grać. Graliśmy tam ostatniego lata pierwszy koncert poza Los Angeles, a ich rockowa stacja radiowa poraz pierwszy w kraju puściła Wherever You Will Go. Również wy - fani z Birmingham jesteście wyjątkowi, zaraz obok miejsc takich jak Spokane Washington i innych (szybka informacja dla Shannon w Spokane... Dostałem twój "Calling Project" i strasznie mi się podoba! Dziękuję za włożenie w to tyle ciężkiej pracy i czasu. To jest coś co zatrzymam do końca mojego życia jako wspomnienie o tych niesamowitych czasach. Dziękuję również wszystkim innym, którzy przysłali listy do Shannon na ten projekt). Ale wracając do tematu, fani są tam jednymi z najfajniejszych dla jakich występowaliśmy, więc kiedy przyjeżdżamy do Birmingham zawsze spodziewamy się dobrego występu...i taki właśnie był. Atlanta była strasznie zzzzimmmnnnnnna! Ale piękna jak zawsze. Po koncercie musieliśmy się obudzić o 3 nad ranem by złapać samolot powrotny do domu, ale bardzo chceliśmy rozdać autografy dla wszystkich fanów, którzy cierpliwie czekali na zewnątrz autobusu. Nie mogliśmy nie wyjść, kiedy usłyszeliśmy jak wszyscy śpiewają Wherever You Will Go i Could It Be Any "Colder" (czy może być jeszcze "zimniej"). Zrobiliśmy co w naszej mocy, żeby wyjść i rozdać autografy zanim przyszedł nasz menedżer i kazał nam przestać (jeśli do kogoś nie dotarliśmy, przepraszam. Zrobimy to następnym razem). Potem szybko pojechaliśmy do Los Angeles. Miło było zobaczyć domek przez dwa dni, nawet jeśli ledwo znalazłem jedną sekundę by przytulić się z moim kotem czy dziewczyną. Nagrywanie teledysku było śmieszne. Wiedzieliśmy, że przyspieszymy tempa, kiedy kucharze zaczęli serwować krewetki i filety rybne dla wszystkich 200 występujących ludzi i całej ekipy! Genialny reżyser Nigel Dick zrobił ten teledysk i wyglądało to świetnie. Pomysł jest naprawdę prosty. Gramy na całkiem opuszczonej bazie wojskowej, kiedy tysiące różnych ludzi czeka w kolejce (prostej linii), żeby zaśpiewać kilka słów piosenki Adrienne naprzeciwko mnie i zespołu. Będą tam też specjalne efekty i zaskakujący koniec, który olśni widzów TRL. Wreszcie przeszliśmy "na emeryturę" w TRL! Dostaliśmy plakietki i wszystko inne. To z pewnością czas na nowy teledysk. Już nie mogę się doczekać kiedy zobaczymy go w całości. Tak więc teraz znów wróciliśmy na trasę, jesteśmy w Detroit, kończymy ją i nie możemy się doczekać kiedy znów przyjdziemy zobaczyć was wszystkich. Zespół pozdrawia was i życzy każdemu dobrego zdrowia, szczęścia i miłości. Do zobaczenia wkrótce!

Wasi przyjaciele,

Alex Band

i The Calling



21 marca 2002


Hej, hej! Siedzę teraz w samolocie powrotnym do Los Angeles, zastanawiając się gdzie ten czas tak zleciał. Ta trasa była tak ekscytująca przez każdą sekundę swojego trwania. Jeny! Jesteśmy wykończeni! Nie spałem przez dwa dni i wiem, że reszta grupy też przez ostatnie dni rozpadała się na kawałki. Ostatnim razem skończyłem na tym, że jechaliśmy do Detroit Rock City. Świetnie było wreszcie tam zagrać po wielu wcześniej nieudanych próbach. Występ udał się świetnie a po tym mieliśmy udać się do Kanady "ay".(?) To był nasz pierwszy raz w Kanadzie.


Toronto było piękne, ale nie miałem przez cały czas chwili oddechu, ze względu na dużą ilość wywiadów jaką musiałem udzielić z Aaron'em. Mieliśmy w Kanadzie singiel, który był tam przez miesiąc na pierwszym miejscu, więc możecie sobie wyobrazić wariactwo tych dwóch dni, kiedy tam byliśmy. Pomijając jeżdżenie do wszystkich stacji radiowych w Kanadzie, Aaron i ja pojechaliśmy do studia i udzieliliśmy 10 stacjom, radiowych wywiadów przez telefon. Był wczesny poranek a Aaron i ja byliśmy chorzy z niewyspania. Każda stacja pod koniec wywiadu, chciała, żebyśmy powiedzieli słowa typu : "hej, tu Alex, a wy słuchacie....bla, bla, bla". A w szczególności, była taka jedna sentencja, której wypowiedzenie zajęło nam, bez kitu, 25 minut. A było to tylko jedno zdanie. To było coś w stylu : "Tu Alex i Aaron a wy słuchacie The hairy wolf on Ragina's # 1 station!" (włochatego wilka w radiu Ragina - stacji nr.1). Wiem, że jesteśmy dziecinni, ale miasto o nazwie "Ragina"... "włochaty wilk"... to zbyt dużo jak dla nas o 8 rano. Aaron i ja śmialiśmy się tak strasznie, że obydwaj zaczęliśmy płakać. Nie pomogło nawet to, że jeden z DJ-ów powiedział coś w stylu " z czego się debile śmiejecie", ale wiem, że moje zdanie rodowitego gościa z Los Angeles typu "oh my god" musiało brzmieć dla nich znacznie śmieszniej.

Ogólnie Kanada, włączając niesamowity występ, była dla mnie największym punktem kulminacyjnym podczas tej trasy. Każdy był bardzo miły, miasto bardzo czyste, a miejsce zwane Opera House było ogromne. Ludzie na koncercie byli tej nocy wyjątkowi, a wszystkie ogólne wibracje sięgnęły zenitu. Smutno nam było wyjeżdżać, ale musieliśmy jechać do Brockport, w stanie New York. Skarżyliśmy się jak debile na zimno w Kanadzie, nie zdając sobie sprawy, że w Brockport będzie ZERO stopni i śnieg. Straszne. Występ był świetny, ale coś mi się robiło ze względu na to, że biegałem przez cały dzień non stop z autobusu do miejsca gdzie graliśmy.

W Bostonie był totalny czad. Hala koncertowa była mniejsza niż inne, ale wypakowana po brzegi. To był porządny show. Zawsze gdy występujemy podchodzę do ludzi żeby złapać ich za ręce, ale tam była jedna taka dziewczyna, która miała uścisk goryla i nie chciała puścić mojej ręki przez jakieś dwie minuty...Muszę przyznać, że byłem trochę przerażony. Moja malutka, tycia, delikatna ręka była cała czerwona i zgnieciona. Tak czy inaczej, wróciliśmy do Nowego Jorku. Do naszego drugiego domu.


Myślę, że przez ostatnie 6 miesięcy spędziłem więcej czasu w Nowym Jorku niż w domu. Ale wcale się nie skarżę, kocham Nowy Jork. Jakiś kretyn z całej bandy kretynów, którzy organizują koncert, wpakował nas do najmniejszego klubu w Nowym Jorku w jakim kiedykolwiek graliśmy. Po co w ogóle pytasz? Jest świetny prawda? Klub w podziemiach, który mieści dwieście osób. Dwa wieczory. Na obydwa bilety wysprzedane. Zespół i ja bardzo denerwowaliśmy się z powodu tych występów a głównie z powodu rozmiaru sceny. Nie mogłem nawet podskoczyć, żeby nie uderzyć głową w sufit, albo obrócić się bez obawy, że nie trzepnę któregoś z chłopaków w jaja (co kilka razy się zdarzyło... ałaj). Pomijając wysoki poziom energii i świetnych fanów, pierwsza noc była katastrofą. Wzmacniacz Aaron'a wystrzelił zanim weszliśmy na scenę. Pedał od gitary Sean'a rozlatywał się co uniemożliwiało mu grę. Za każdym razem gdy patrzyłem do tyłu na Nate'a jego stołek i perkusja spadały do tyłu sceny, co było całkiem śmieszne, bo wyglądał jak leniwy, powolny jeździec z perkusją, który się wlecze do tyłu. W momencie kiedy pomyślałem, że już nic gorszego nie może się wydarzyć, stało się coś o czym nie śniłem w najgorszych koszmarach...wysadziliśmy korki w klubie w środku piosenki Could It Be Any Harder. W całym klubie nie było prądu. To było kilka bardzo przerażających i krępujących minut. Na szczęście szybko to naprawiono i mogliśmy kontynuować koncert z drobnymi niedociągnięciami. Następny wieczór w Nowym Jorku był również niesamowity. Czuliśmy się lepiej i bezpieczniej i nie spodziewaliśmy się, że coś mogłoby się jeszcze popsuć. Tłum był nawet fajniejszy od tego w zeszłą noc i taki też był koncert.

Waszyngton był jak zwykle świetny. Zdecydowanie jest to jedno z moich ulubionych miejsc do grania. Tego dnia zaliczyliśmy z Aaron'em kilka radiowych imprez łącznie z jedną "zakrapianą" która nosiła nazwę "kegs and eggs" (przyp.aut. - "beczki piwa i jajka", ale po polsku się nie rymuje). W tym klubie było więcej niż dwa tysiące pijanych ludzi. Nigdy w życiu nie pomyślałbym, że ci ludzie uciszą się wystarczająco, żeby usłyszeć jak ja i Aaron gramy akustycznie Wherever You Will Go i Adrienne. Ale zaskoczyło mnie, że wszyscy zaczęli śpiewać tak głośno, że nie potrafiłem usłyszeć samego siebie i gitary oraz utrzymać tempo. Musiałem powstrzymywać kilku podpitych ludzi żeby się na mnie nie rzucali nawet bez pokazania moich męskich cycków (?)


Klub 9:30 był świetnym miejscem do grania, pełen podekscytowanych fanów i tych którzy już regularnie jeżdżą za nami w trasę. To takie świetne widzieć znajome twarze w tłumie każdego wieczoru. Zawsze pojawia się na mojej twarzy uśmiech, kiedy widzę, że niektórzy z was kochają naszą muzykę tak bardzo, że są zdolni jeździć tak daleko tylko po to by zobaczyć występ. Zawsze zadziwia mnie poświęcenie i oddanie jakie nam okazujecie. Ostatni wieczór tej trasy odbył się w Philly... idealne miejsce by zakończyć podróż. To była zajebista noc, która wydawała się nie mieć końca. Od Waszyngtonu nadal nie spałem.

Tak więc, smutno mi, że jadę do domu tak szybko, ale to ulga móc wreszcie odpocząć. W następnym tygodniu jedziemy za ocean do bardzo wielu krajów na jakieś półtora miesiąca. Zaczniemy w maju kolejną wielką i lepszą trasę po USA. Na pewno będę do was pisał, kiedy znajdę się po drugiej stronie kuli ziemskiej. Mogę sobie tylko wyobrażać, co ciekawego się tam dla was nagromadzi. Na pewno będzie sporo do napisania. Dziękuję wam wszystkim za to, że przychodzicie na koncerty i okazujecie nam tyle wsparcia podczas tej trasy. To jest dla nas coś extra. Dziwnie będzie nie być obecnym podczas lansowania "Adrienne", klipu i piosenki, więc czuwajcie, żeby wszystko poszło dobrze, O.K.?

Wkrótce się do was odezwę! Wszystkiego dobrego!

Alex i THE CALLING