8 kwietnia 2002


Wszystko co mogę powiedzieć, to jest to, że zakurwiście kocham swoją pracę. Pisze do was Alex z, wierzcie albo nie, Bangkoku w Tajlandii! Muszę powiedzieć, że byłem trochę podenerwowany opuszczaniem rodzinnego kraju, rodziny i fanów, by wypuścić się w tą zamorską misję, ale wszystko co mogę teraz zrobić to szczypać się z niedowierzania i uświadomić sobie, że to wszystko dzieje się naprawdę. Być po drugiej stronie kuli ziemskiej, w miejscu którego myślałem, że nigdy w życiu nie zobaczę i mieć tysiące ludzi, którzy wiedzą kim jestem, jest trudne do zrozumienia. Czuliśmy się prawie jak byśmy byli w całkiem innym wszechświecie; pomiędzy innym językiem, doskonałą techniką, totalnie inną kultura, nie wspominając o zmianie czasu i nie okazjonalnym piciu sake (wino z ryżu) i piwa.

Zakochałem się w Japonii, ale Tajlandii też nic nie brakuje. To naprawdę spektakularne miejsce. Jest 100 stopni i 90% wilgotności. Prawie nie do zniesienia jest stanie nawet przy oknie. Są całe pokryte parą. Wydaję się jakby się było w lesie tropikalnym. Zupełnie różne od takiego miejsca jak Floryda, może bardziej podobne do Meksyku. Zamierzam krótko opisać wam moje dwa dni w Bangkoku, póki wydarzenia nie uciekły mi z pamięci, a potem wrócę do Japonii. Zostaliśmy przywitani wieczorem we wtorek na lotnisku przez przynajmniej 100 krzyczących dziewczyn. Ci fani są powyżej tego poziomu podniecenia, który nazywaliśmy najwyższym. Mam na myśli, że jest podobnie jakby witali N Sync albo The Beatles, gdzie dziewczyny rzucają się, pchają, popychają, kiedy 10 Tajlandzkich bodygardów z słuchawkami w uszach i ciemnymi okularami, próbuje utworzyć kwadratowy mur z ludzi dookoła nas. Wszyscy fani chodzili wszędzie tam gdzie my.


Aaron dopiero niedawno tutaj dotarł. Musiał niestety opuścić Japonię i pierwszy dzień w Bangkoku bo zmarła jego babcia - najlepsza przyjaciółka. Dobrze jest mieć go z powrotem. Ostatniego tygodnia na szczęście daliśmy radę w Japonii. Podekscytowanie fanów tutaj było też mocne, ale nie na poziomie Bangkoku. Zespół i ja naprawdę pokochaliśmy Japonię. Była tak czysta i dobrze zorganizowana, pełna dziwnych urządzeń i wodnistego jedzenia. Co jakieś 20 stóp na ulicach są automaty z napojami i legalnie można sobie chodzić po ulicach i pić alkohol. My oczywiście tego nie robiliśmy ;) Sean umiał coś powiedzieć po japońsku, bo jego współlokator był Japończykiem... trochę dziwny gość. Odmawiał zmywania wszelkich naczyń. Jadł w brudnych miskach z plastikowymi sztućcami. Sądzę, że to było całkiem zabawne. Tak więc Sean umiał powiedzieć : "Ser jest stary i spleśniały", co okazało się przydatne na koncertach i podczas wywiadów. Nauczyłem się kilka kluczowych zwrotów by je powiedzieć do fanów, kiedy nas otaczali, np. "Skończyłem, zostawcie mnie w spokoju!" Wszystko w dobrej wierze.

Japończycy są bardzo poważni jeśli chodzi o ich parasole, więc nie róbcie sobie z tego jaj. Nikt nie wyjdzie na zewnątrz bez parasolki gdy pada. Każda restauracja/Hotel/firma ma specjalne szafki, by schować bezpiecznie twoją parasolkę, nie wspominając już o specjalnych maszynach które owijają je w folię żeby nic nie kapało... to genialne! Nie no zaraz..., tak to genialne. Głupio było grać pierwszy raz w Japonii bez Aaron'a, ale dzięki fanom koncert był fantastyczny. Nie ma to jak widzieć, że sexappeal Billego obejmuje świat i słodko jest słyszeć jak wrzeszczą imię Sean'a. Zdołaliśmy nawet pójść jednego wieczoru na Karaoke, co sprawiło nam dużo frajdy. Mieli nawet naszą piosenkę, więc wyszliśmy na zewnątrz i zaśpiewaliśmy ją... bardzo źle. Wydaje mi się, że zajarzyli, że to my naprawdę śpiewamy tą piosenkę. Ale my wciąż śpiewaliśmy ją gorzej i gorzej. Połączyliśmy ten utwór nawet z piosenką Mariah Carey "Hero", co było strasznie śmieszne. Nigdy bym nie pomyślał, że Nate może tak wysoko śpiewać. Potem zaśpiewaliśmy piosenkę Bon Jovi "Livin' on a Prayer". Nate śpiewał to w stylu Linkin Park (za dużo Asahi), co niezbyt podobało się publiczności, która przyszła na Karaoke. Nawet jedna dziewczyna weszła na scenę i próbowała nam przerwać... ale nic z tego. Nigdy nie zapomnę moich dni w Japonii i już nie mogę się doczekać kiedy tam wrócę.

Jutro jest nasz koncert tutaj w Bangkoku. Jestem pewien, że tłum będzie dziki. Wow. Wszystko szło tak dobrze, ale powinienem sobie zdać sprawę z tego, że będąc w zespole rockowym, któryś z nas, prędzej czy później stawi czoło śmierci. Pirotechniczna eksplozja? Nie. Udławienie się wymiocinami (mając nadzieję, że swoimi)? nie. A co powiecie na naprawdę poważne porażenie prądem? A teraz zgadnijcie który z nas byłby ostatnią osobą, którą poraziłby prąd? Zgadliście, to Aaron. Siedzę sobie tutaj, w czwartkowy wieczór, w hotelu, w towarzystwie Aaron'a, który znosi zasilacz, który jest bardzo stary i zurzyty. Patrzyłem na naszego technika jak sprawdzał nasze mikrofony i został porażony lekkim kopnięciem prądu przechodzącym przez złączenie miedzy nim a mikrofonem Sean'a. Gotowi na przygodę z naszym udziałem? No to jedziemy! Pokryli nasze mikrofony pianą, zaraz po tym jak Sean zdołał ujść cało. Tak naprawdę to jest to doąć normalne zdarzenie podczas koncertów. Zwykle radzimy sobie z tym poprzez uziemienie głównego zasilacza, ale z powodu tych dziwnych przewodów elektrycznych nie było to możliwe. Nie każdy wiedział, że cała scena była naładowana i czekała na linkę połączeniową z głównym zasilaczem. Aaron wziął swoją elektryczną gitarę i podłączył akustyczną i przez ułamek sekundy stał się tą linką połączeniową. Fizycznie niezdolny by puścić gitarę, został porażony 220V zamiast naszym słabym amerykańskim 120V. Nasz technik natychmiast odłączył akustyczną gitarę i położył Aaron'a na ziemi. Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Zespół i ja zaczęliśmy płakać, bo myśleliśmy, że Aaron nie żyje, ale żył, tylko był ciężko ranny. Przenieśliśmy go do innego pokoju, bo tamto miesce było już wypełnione przez prasę, która widziała co się stało. Aaron był blady jak duch i miał wtopione kawałki strun od gitary w opuszki palców. Nieźle też krwawił. Oczywiście zadzwoniłem żeby odwołać koncert, bo nie było mowy, że Aaron będzie zdolny grać na gitarze, i było pewne jak diabli, że ja nie mógłbym się bawić w takim momencie. Czuliśmy się okropnie, z tego powodu, że zawiedliśmy fanów, ale jeszcze gorzej z powodu nieszczęścia Aaron'a. To nie była niczyja wina, to był po prostu głupi wypadek. Wolałbym żeby się to zdarzyło mnie, co się prawie stało kilka minut wcześniej. W każdym razie Aaron czuje się O.K. Jego ręce zagoją się w przeciągu kilku następnych dni i odtąd będzie on znany jako "Milk Toast"! Wiem, że to głupie, ale próbuję po prostu rozładować sytuację. Myślę, że teraz w prasie na całym świecie krąży dziesięć różnych plotek typu: "Aaron został porażony prądem i jest sparaliżowany, albo zmarł". To głupie. Kupiliśmy jedną gazetę, tutaj, w Tajlandii. Ale nie było artykułu o tym jaki to świetny był nasz koncert, tylko jaki mógłby być. Przyrzekam, wkrótce wrócimy do Bangkoku i wynagrodzimy to co się stało wszystkim fanom. Aaron i ja przesyłamy wam wszystkim wyrazy miłości. Jeszcze raz dziękujemy za waszą niesamowitą gościnność i zrozumienie.

A teraz właśnie przybyliśmy do Melbourne w Australii! Nie wiem jaki mamy dzień, jaką godzinę i czy powinienem spać czy jeść. Śniadanie? Lunch? Przekroczyliśmy główną strefę czasową, lecieliśmy 30 godzin tak daleko i nadal żyjemy, choć ledwo. Trudno było opuścić Bangkok. Kiedy opuściliśmy hotel, natychmiast podążyło za nami co najmniej dziesięć taksówek pełnych fanów. Nie zmartwiło nas to, bo później stali się jakby częścią naszej grupy. Aaron próbował pokazać młodym Tajlandzkim fanom, że nic mu nie jest, poprzez "pozdrowienie" ich, kiedy jechali na autostradzie. Jestem pewien, że kawałek nagiej białej dupy Aaron'a upewniła ich w tym, albo oślepiła. Jeden samochód zrównał się z nami i pokazano nam napis w łamanym angielskim, który mówił :"Och, niezły tyłeczek, Alex, Billy, Nate, Sean, teraz wasza kolej". Hmmmm, czy chcę żeby ostatnią rzeczą, która utkwi w pamięci tych ludzi, był mój tyłek? Zdecydowanie odrzuciłem tą opcję.

A teraz weźmy wszystkie szalone sytuacje z fanami w jakich się kiedykolwiek znaleźliśmy i pomnóżmy je przez 100. To poziom tego, co stało się potem. Po pierwsze, wyglądało to jakbyśmy się znaleźli na afrykańskim safari ze zwierzętami otaczającymi nasz samochód. Przysięgam, że było tam przynajmniej 200 osób, które czekały, żeby się tylko pożegnać. Chciałbym, żeby ta sytuacja nie była aż tak szalona, wtedy wyszlibyśmy im rozdać autografy, ale było to niemożliwe, a nasza flota Tajlandzkich ochroniarzy obijała się. Otrzymaliśmy mnóstwo świetnych prezentów, nawet kolejną kapitalną książkę z listami wielu fanów, zrobioną i znarratorowaną przez słodką Tajlandzką dziewczynę. Dziękujemy wszystkim za to. Otrzymaliśmy także kupę rękawic bokserskich, które mogą nam się przydać, kiedy będziemy się chceli powybijać. Tajlandia jest świetna i będzie odwiedzana regularnie. Tak więc trasa jak dotąd była co najmniej dziką przejażdżką. Pełna jedynych na całe życie przeżyć, a wszystkie były fotografowane. Mam nadzieję, że pewnego dnia wydamy DVD o pierwszym roku The Calling z wszystkim tym co działo się poza sceną i z kilkoma występami na żywo. Jestem pewien, że wy strasznie chcielibyście zobaczyć to, co przez cały czas się dzieje. Mam mnóstwo bezcennych materiałów filmowych, które już czekają, żeby je zobaczyć. To będzie dla mnie "medialną dziwką". Dobrze jest wrócić do kraju, gdzie mówi się po angielsku. Już nie mogę się doczekać, kiedy wrócę do domu, ale wciąż mamy Europę do podbicia. Dziękuję za to, że czytacie ten głupi pamiętnik. Cieszę się, że jest jakiś sposób, żeby informować was o tym co się dzieje, kiedy nas nie ma. Zespół mówi wam "cześć" a ja mam w przeciągu następnych dwóch tygodni, bardzo dużo strasznie szalonych rzeczy do opisania.

Jeszcze raz dziękuję! Do zobaczenia wkrótce!

Yo mama, Alex